Pieniądze vs władza: czemu USA walczą z globalizacją? [Analiza Przeglądu Globalnego]
Krzysztof Jaworski2025-11-07T19:46:20+01:00Donald Trump został wyniesiony do władzy przez wyborców, którzy stracili na globalizacji i „chińskim szoku”, który pozbawił źródła utrzymania część amerykańskich robotników
i ich rodziny. Jednocześnie wielu innych ludzi w USA zarobiło, a niektórzy wręcz zbili fortuny na współpracy gospodarczej z Chinami. Wskaźniki ekonomiczne pokazują, że gospodarka USA postrzegana jako całość rozwinęła się przez ostatnie dekady otwartego handlu. Mimo to, era Globalizacji 2.0, zbudowana na amerykańskich gwarancjach bezpieczeństwa i stabilności, dobiegła końca na skutek decyzji podejmowanych
w Waszyngtonie. Czy zjawisko to można wyjaśniać posługując się wyłącznie kategoriami ekonomicznymi? Co spowodowało, że najpotężniejsze mocarstwo porzuciło globalizację, z której samo czerpało ogromne korzyści?
NIEZACHWIANA WIARA W GLOBALIZACJĘ
Po zakończeniu Zimnej Wojny do rangi dogmatu urosło przekonanie, że handel międzynarodowy zawsze i wszystkim się opłaca. Przekonanie, że liberalizacja przepływów dóbr, kapitału, informacji, idei i ludzi ponad granicami państw, to nie tylko proces korzystny dla wszystkich stron, ale wręcz nieuchronny kierunek dziejów.
Dani Rodrik, ekonomista tureckiego pochodzenia, opowiada o symptomatycznym zdarzeniu, które dobrze oddaje klimat intelektualny tamtej epoki. Gdy w 1997 roku poprosił jednego z uznanych ekonomistów o napisanie przedmowy do swojej książki Has Globalization Gone Too Far?, ten odmówił. Uzasadnił to nawet nie tym, że nie zgadzał się z jego argumentami, lecz tym, że „nie chciał dawać amunicji barbarzyńcom”, czyli tym, którzy krytykowali globalizację. Wówczas, zaledwie trzy lata po wejściu w życie NAFTA (Północnoamerykańskiego Układu o Wolnym Handlu), pierwsze głosy sprzeciwu związane z utratą miejsc pracy w USA pozostawały jeszcze w mniejszości. Niespełna dwie dekady później te same problemy wyniosły do władzy Donalda Trumpa, który rzucił wyzwanie globalizacji.
Nie poprzestając na anegdotycznym przykładzie przytoczonym przez Rodrika,
warto przypomnieć też choćby Konsensus Waszyngtoński – dokument opracowany w latach 80. XX wieku dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego, który stał się podstawą polityk gospodarczych rekomendowanych przez USA licznym państwom na całym świecie. Jednym z nich była Polska, która wdrożyła liberalne reformy gospodarcze, mimo wysokich kosztów społecznych transformacji. Niezależnie od oceny tego wyboru, do dziś budzącego żywe spory, sam fakt przyjęcia takiej ścieżki reform dobrze ilustruje skalę akceptacji liberalnego konsensusu w ówczesnym świecie.
KONIEC GLOBALIZACJI 2.0
Okres po upadku Związku Radzieckiego, nazwany przez Arona Friedberga Globalizacją 2.0,, opierał się na globalnych dobrach publicznych (global commons) zapewnianych przez USA. Fundamentem tego ładu było bezpieczeństwo morskich szlaków handlowych gwarantowane przez US Navy, a także instytucje takie jak WTO, które miały koordynować polityki państw, sprzyjając handlowi i inwestycjom międzynarodowym.
Na dominującym kursie politycznym wspierania liberalnego dogmatu globalizacji zaczęły pojawiać się jednak rysy. Można spierać się, jak wcześnie należy upatrywać początku tego procesu. Czy w 2018, gdy Donald Trump oddał pierwsze strzały w wojnie handlowej
z Chinami? A może wcześniej, kiedy administracja Obamy rozpoczęła blokowanie nominacji nowych sędziów do Organu Apelacyjnego WTO?
Wszelkie wątpliwości co do nadejścia, wcześniej już wieszczonego, końca liberalnego międzynarodowego ładu gospodarczego rozwiały się w trakcie drugiej kadencji Donalda Trumpa. Łamiące dotychczasowe standardy nałożenie ceł przez Stany Zjednoczone
na wszystkie pozostałe państwa 2 kwietnia 2025 roku – określone przez Trumpa mianem „Liberation Day” – stało się zarówno symbolem, jak i realnym wstrząsem, który niemal doprowadził do globalnej recesji. Ostatecznie prezydent wycofał się z tej decyzji pod presją rynków finansowych, jednak sam fakt jej ogłoszenia wystarczył, by zachwiać zaufaniem do amerykańskiego przywództwa w światowej gospodarce.
Ekonomiści spierają się, czy dane gospodarcze pozwalają mówić o początku procesu deglobalizacji. W połowie 2025 roku tempo wzrostu handlu międzynarodowego
było najniższe od dekad, ale wciąż pozostawało dodatnie.
Jak jednak zauważa Adam Posen, prezes amerykańskiego think tanku Peterson Institute for International Economics, to zbyt wąskie spojrzenie. Jego zdaniem światowa gospodarka weszła już w fazę „post-amerykańską”, ponieważ działania administracji Donalda Trumpa doprowadziły do upadku instytucjonalnego ładu, który przez dekady gwarantował stabilne funkcjonowanie globalnej gospodarki. W nowych realiach niemal każde państwo, korporacja i instytucja finansowa podejmują decyzje ze świadomością, że podejście USA do handlu międzynarodowego uległo zasadniczej zmianie. Co więcej, wiele instytucji międzynarodowych, na czele z WTO, przestało w praktyce pełnić swoje funkcje.
DLACZEGO GLOBALIZACJA 2.0 UPADŁA?
Przytoczona opinia Adama Posena pochodzi z jego niedawnego artykułu opublikowanego na łamach Foreign Affairs, zatytułowanego The New Economic Geography. Who Profits in a Post-American World?. Tekst ten zasługuje na szersze omówienie, ponieważ pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego jesteśmy dziś świadkami tak głębokich zmian w globalnej gospodarce.
Posen zauważa, że zasady, na których opierał się zglobalizowany ład gospodarczy
i szerzej, porządek międzynarodowy Pax Americana, przypominały relację między ubezpieczycielem a ubezpieczanym. Stany Zjednoczone, korzystając ze swojej potęgi militarnej, gwarantowały swobodę żeglugi, stabilność reguł handlu międzynarodowego oraz bezpieczeństwo własności prywatnej. Były to fundamenty umożliwiające ekspansję inwestycji zagranicznych, przenoszenie produkcji do krajów o niższych kosztach pracy
i budowę skomplikowanych łańcuchów dostaw obejmujących wiele kontynentów. Nie był to jednak akt altruizmu. Waszyngton kształtował reguły gry tak, by gospodarka USA pozostawała najbardziej atrakcyjna dla inwestorów i by zapewnić sobie korzystniejszą pozycję w światowym podziale pracy.
Posen zauważa, że USA Donalda Trumpa zmieniły swoje podejście w sposób diametralny. Trzymając się metafory ubezpieczyciela stwierdza, że zamiast podnieść składkę w związku z rosnącym ryzykiem, przed którym miało chronić, Stany Zjednoczone zaczęły wymuszać haracz za ochronę – także przed samymi sobą.
Była to decyzja polityczna USA. Podobnie jak decyzją polityczną USA było dążenie do stworzenia ładu gospodarczego, do którego przywykliśmy w ostatnich dekadach. Czemu podjęto takie decyzje? Czy to tylko kwestia problemów z miejscami pracy? Pytanie staje się tym bardziej frapujące, jeśli spojrzeć na drugą stronę rachunku zysków i strat
z globalizacji.
Posen wylicza liczne korzyści, jakie Stany Zjednoczone czerpały z globalizacji 2.0, podkreślając, że koszty ponoszone przez USA były zdecydowanie mniejsze niż zyski. Wśród nich wymienia: tanie długoterminowe pożyczki dla amerykańskiego rządu; ogromny napływ zagranicznych inwestycji do amerykańskich korporacji; powszechną akceptację standardów technologicznych i prawnych kreowanych przez USA, które dawały przewagę amerykańskim producentom; oparcie globalnych transakcji i rezerw walutowych na amerykańskim systemie finansowym i dolarze; podporządkowanie się decyzjom o nakładaniu sankcji gospodarczych, które zapadały w Waszyngtonie; ponoszenie przez sojuszników kosztów utrzymania amerykańskich jednostek wojskowych stacjonujących w ich krajach; a także szeroką zależność od przemysłu obronnego Stanów Zjednoczonych. Największym zyskiem z tego systemu był jednak trwały wzrost poziomu życia w USA. Co więcej, sojusznicy Stanów Zjednoczonych scedowali na Waszyngton znaczną część decyzji w zakresie bezpieczeństwa.
Dlaczego więc – mimo wszystkich zysków – Waszyngton zdecydował się na tak gwałtowne działania? Czy przywódcy najsilniejszego mocarstwa świata naprawdę nie potrafią liczyć?
ABSOLUTNE BOGACTWO vs RELATYWNA WŁADZA
Friedberg wskazuje trzy główne czynniki stojące za odwrotem od globalizacji.
Po pierwsze, jest to wzrost nastrojów protekcjonistycznych i nacjonalistycznych
w uprzemysłowionych państwach demokratycznych, które zaczęły postrzegać globalny handel jako zagrożenie dla własnych miejsc pracy i pozycji gospodarczej. Po drugie, pandemia COVID-19 ujawniła dotkliwe braki w dostępie do kluczowych produktów – od leków po komponenty elektroniczne – uświadamiając decydentom i opinii publicznej skalę zależności od produkcji zlokalizowanej daleko poza granicami ich państw. Po trzecie wreszcie, coraz bardziej zaostrzająca się rywalizacja między Stanami Zjednoczonymi a Chińską Republiką Ludową nadała gospodarczym powiązaniom wymiar geopolityczny, czyniąc z handlu i technologii narzędzia w walce o władzę w systemie światowym.
Brytyjski historyk Paul Kennedy, autor wpływowej i monumentalnej pracy Narodziny i upadek mocarstw, opisuje łańcuch przyczynowo-skutkowy, w którym różnice w tempie wzrostu gospodarczego prowadzą do przesunięć w globalnym układzie sił ekonomicznych. Te z kolei stopniowo przekładają się na zmianę równowagi politycznej i wojskowej. O ile więc w wymiarze czysto ekonomicznym obie strony mogą czerpać korzyści ze współpracy, to w wymiarze udziału we władzy szybszy wzrost jednej z nich oznacza stratę drugiej. Rywalizacja o dominację w systemie międzynarodowym ma bowiem charakter gry o sumie zerowej.
Kennedy opisuje jak przez 500 lat podobny schemat powtarzał się w odniesieniu do kolejnych państw, które zyskiwały przewagę nad konkurentami, a następnie traciły tę pozycję, niejednokrotnie na skutek wyniszczających wojen. Ważnym pojęciem, które ten autor wprowadził do debaty strategicznej jest również imperial overstretch (nadmierne rozciągnięcie imperium). Wnioski Kennedy’ego sformułowane na podstawie studiów historycznych stały się podstawą licznych analiz na gruncie nauk politycznych, które podejmują próbę wyprowadzenia z nich teorii, które poddawałyby się empirycznej weryfikacji oraz mogły stanowić podstawę do prognozowania rozwoju obecnych wydarzeń.
Decyzja o zmianie kursu, która zapadła w Waszyngtonie, wynika zatem z dużo poważniejszych przesłanek niż pogorszenie sytuacji ekonomicznej części społeczeństwa (przy jednoczesnej poprawie sytuacji innych grup). W istocie chodzi o kwestię władzy – o utrzymanie zdolności do wyznaczania i egzekwowania powszechnie respektowanych zasad gry. Tę zdolność Stany Zjednoczone już utraciły. Najdobitniejszym dowodem jest trwająca od ponad trzech lat rosyjska wojna napastnicza przeciwko Ukrainie. Waszyngton nie zdołał odstraszyć Moskwy od agresji, wymierzonej również w globalną pozycję USA. Nie udało się także wymusić na Chinach podporządkowania się regułom gospodarki światowej kształtowanym przez Amerykanów. Pekin od lat selektywnie stosował zasady WTO, budując w ten sposób kontrolę nad kluczowymi sektorami przemysłu i poprawiając swoją pozycję w międzynarodowym podziale pracy i zysków.
Cytowany już Aron Friedberg, w artykule The Growing Rivalry Between America and China and the Future of Globalization, stawia tezę, że o ile oficjalne uzasadnienia polityki Trumpa skupiają się na „przywróceniu zasad fair play” i „wyrównaniu boiska” wobec protekcjonistycznych praktyk Chin, to przynajmniej część doradców Trumpa myśli
w kategoriach przeciwstawiania absolutnych zysków ekonomicznych i relatywnej potęgi. Logicznym celem USA nie jest więc wyłącznie rozwiązanie doraźnych problemów gospodarczych, lecz długofalowe spowolnienie rozwoju gospodarczego
i technologicznego Chin, tak aby nie zdołały one zmniejszyć dystansu do USA, ani tym bardziej ich wyprzedzić.
KRÓTKOWZROCZNOŚĆ ZACHODU?
Czy decyzje podejmowane w USA i innych państwach Zachodu, które przez dekady korzystały z globalizacji, wynikały z braku rozsądku lub ideologicznego zaślepienia? Niekoniecznie. Będąc bardziej precyzyjnym, nawet pojedynczy wizjonerzy, którzy byliby w stanie trafnie przewidzieć przyszłe ryzyka, mieliby poważny problem ze zmianą dominującego kursu. Logika systemu, która kształtuje motywacje i decyzje poszczególnych aktorów, premiowała krótkoterminowe zyski kosztem długofalowego bezpieczeństwa.
Dla polityków kluczowa jest perspektywa kolejnych cykli wyborczych, jest to warunek konieczny utrzymania się przy władzy. Wiele decyzji gospodarczych podporządkowano więc oczekiwaniom biznesu, który sam funkcjonuje w rytmie raportów kwartalnych
i rocznych. Menedżerowie koncentrują się na maksymalizacji bieżących zysków akcjonariuszy, bo to one przekładają się bezpośrednio na ich wynagrodzenia i pozycję.
Taka logika konkurencji ekonomicznej wymusza krótkoterminowe myślenie. Zarządzający przedsiębiorstwami w pierwszej kolejności muszą rozwiązywać problemy dnia codziennego: zapewnić płynność finansową, opłacić wynagrodzenia, kontrahentów, koszty operacyjne. Jeśli nie osiągną tego celu w danym miesiącu, kwartale czy roku,
ich udział w rynku zacznie maleć, a firma może zbankrutować. Rzecz jasna przedsiębiorca, który zbankrutuje, utraci także zdolność do podejmowania wizjonerskich decyzji.
Dodatkowo warto zadać sobie pytanie, na jakim etapie i jakie decyzje należało podejmować, aby uniknąć obecnych problemów. Przykładem mogą być wydatki
na zbrojenia w kontekście ryzyka wojny, która może przecież kiedyś nadejść. I w tym momencie nadeszła. Czy oznacza to jednak, że lepszą strategią byłoby wcześniejsze ponoszenie wysokich kosztów zbrojeń? Nie jest to oczywiście problem zero-jedynkowy. Sztuka strategicznego zarządzania bezpieczeństwem polega na właściwym doborze momentu i odpowiednio szybkiej reakcji na zmieniające się warunki.
Ponieważ jednak państwa działają w ramach złożonych i nie w pełni sterowalnych systemów, każda decyzja strategiczna oprócz zalet posiada swoje koszty, w tym koszty alternatywne wynikające z niemożności przeznaczenia ograniczonych zasobów na inne pożądane cele. Nieprzypadkowo mówi się o „dywidendzie pokojowej” państw Zachodu, które przez dekady mogły polegać na amerykańskich gwarancjach bezpieczeństwa. Niższe wydatki na obronność pozwalały im kierować większe środki na inne cele – od inwestycji infrastrukturalnych po politykę społeczną – co dodatkowo wzmacniało legitymację polityczną rządzących i utrwalało przekonanie o trwałości liberalnego porządku.
Problem motywacji poszczególnych aktorów jest kluczowy dla zrozumienia skuteczności polityki USA wobec Chin. Efektywność sankcji, kontroli eksportu oraz innych narzędzi przymusu ekonomicznego zależy bowiem nie tylko od spójności strategii rządu, lecz także od gotowości amerykańskiego biznesu do działania zgodnie z celami wyznaczonymi przez administrację w Waszyngtonie. Ten często pomijany wątek stanowi główną oś argumentacji autorów artykułu “War Without Gun Smoke: Global Supply Chains, Power Transition, and Economic Statecraft” (2023).
Autorzy zauważają, że w przypadku zmagań ekonomicznych, spójność celów biznesu
i państwa jest czynnikiem analogicznym do morale wojska w przypadku walki zbrojnej. Wskazują przy tym na strukturalne wyzwanie dla Stanów Zjednoczonych, wynikające
z charakteru interesów firm funkcjonujących w globalnych łańcuchach wartości. Przedsiębiorstwa z państwa dominującego, mają naturalną motywację
do utrzymania otwartego systemu handlu, ponieważ czerpią z niego wymierne korzyści ekonomiczne. Z kolei firmy z państwa kontestującego hegemonię
– w tym przypadku Chin – dzielą interes ze swoim rządem, który poprzez protekcjonizm
i interwencjonizm dąży do wzmocnienia krajowego przemysłu i przyspieszenia wzrostu technologicznego.
W tym kontekście skłonienie lub przymuszenie amerykańskiego biznesu do podporządkowania się strategicznym decyzjom Waszyngtonu będzie jednym
z najtrudniejszych, a zarazem kluczowych elementów trwającej rywalizacji USA–Chiny.
Czy tak się stanie? Historia pokazuje, że w momentach próby państwa demokratyczne potrafią się mobilizować i przezwyciężać ograniczenia wynikające z rozproszonego systemu podejmowania decyzji. Systemu, który w czasach pokoju jest atutem i chroni prawa i wolności obywateli, lecz w okresie kryzysu rodzi poważne wyzwania.
Rozważania te zakończę słowami Halforda Mackindera, który w swojej klasycznej pracy z 1919 r. „Demokratyczne ideały a rzeczywistość” napisał, że „Demokracja nie jest zdolna do myślenia strategicznego, dopóki nie zostanie do tego zmuszona dla celów obronnych.” Ta refleksja, sprzed ponad wieku, pozostaje aktualna. Zwłaszcza dziś, gdy demokratyczne państwa ponownie stają przed wymogiem strategicznego myślenia
i długofalowej mobilizacji w obliczu nasilającej się rywalizacji mocarstw.
Krzysztof Jaworski, 17 października 2025 r., Warszawa
Dodaj komentarz