Czy i po co? – czyli polska polityka wschodnia na rozdrożu historii i polityki…

Czy i po co? – czyli polska polityka wschodnia na rozdrożu historii i polityki…

Co jakiś czas w debacie publicznej pojawia się sakramentalne narzekanie że Polska nie ma koncepcji polityki wschodniej, że odeszła od linii Giedroycia i Mieroszewskiego, że niszczy dorobek polskiej dyplomacji na wschodzie. Tymczasem moim zdaniem warto zadać sobie pytanie czy w ogóle Polska polityki wschodniej potrzebuje i czy ma potencjał by ją samodzielnie realizować.

Państwa zmieniają diametralnie, „resetują” swoją politykę zagraniczną zazwyczaj albo z powodu jej dezaktualizacji np. z powodu zmiany sytuacji zewnętrznej lub postrzegania swoich interesów strategicznych albo z powodu utraty możliwości prowadzenia dotychczasowej polityki. Moim zdaniem właśnie w takim momencie znajduje się polska, tzw. polityka wschodnia. Czy jednak ten reset jest tylko efektem katastrofalnego demontażu polskiej polityki zagranicznej i jej kadr przez Zjednoczoną Prawicę czy też może jej działania tylko przyspieszyły jego nadejście i wyostrzyły obraz sytuacji?

Oczywiście, denerwująca większość komentatorów, początkowa bierność „oficjalnej” Polski na kryzys białoruski na pewno z jednej strony pokazała stan polskiej dyplomacji i realną pozycję „mocarstwową” Warszawy w Regionie, z drugiej jest jednak właśnie świetną okazją do do zadania kilku pytań o polską tzw. politykę wschodnią: czym miała być?, czym jest?, jakie są realne interesy polskie na Wschodzie? I wreszcie czy polityka wschodnia rozumiana jako odrębna dziedzina polityki bezpieczeństwa narodowego jest w ogóle obecnie możliwa a także potrzebna?

Warto również zadać pytanie o interesy państw za wschodnią granicą w stosunku do Polski; szczególnie Ukrainy i Białorusi i oczywiście Rosji. Ale także o realne interesy polskie wobec tych państw; realne obecnie a nie oparte na wyobrażeniach lub historycznych zaszłościach czy ambicjach lub nie będące projekcją koncepcji i doktryn lat minionych, zwłaszcza słynnego ULB Mieroszewskiego i Giedroycia.

Polska polityka wschodnia do której przywykliśmy po 1990 roku i do której się odnosimy w swoich narzekaniach miała na celu zapewnienie „pola bezpieczeństwa” Rzeczpospolitej na Wschodzie poprzez oddziaływanie na prodemokratyczne przemiany w państwach byłego ZSRR.  Wynikało to z być może naiwnego i akademickiego przekonania, że demokratyczne państwa będą stabilne i nie będą zagrażać destabilizacją regionu bądź przez swój gwałtowny rozpad, bądź przez swe ambicje rewizjonistyczne i ekspansjonistyczne. To „pole bezpieczeństwa” rozumiane jako zakończenie historycznych i nieotwieranie nowych konfliktów, było niezbędnym warunkiem bezproblemowej akcesji do NATO i UE.

Po prostu stabilność za wschodnią granicą i dobre stosunki oraz brak napięć etnicznych i granicznych z Ukrainą i Białorusią ale także do 2010 roku dobre w sumie relacje z Rosją, miały ułatwić natowskie i europejskie aspiracje Polski, którą niektórzy nieżyczliwi mogliby podejrzewać o chęć wschodniej rekonkwisty terytorialnej, zwłaszcza że niektóre kręgi polityczne w Rosji, wysuwały propozycje „podzielenia” się wpływami i ziemiami białoruskimi i ukraińskimi. Była to zapewne prowokacje mająca właśnie skompromitować Polskę na Zachodzie i szczęśliwie nigdy (jak dotąd ?) żaden poważny polski polityk na takie sugestie nawet nie reagował. 

Z drugiej strony trudno się dziwić, że w myśl rosyjskiej logiki skoro Polska coraz bardziej angażowała się politycznie na Wschodzie, ignorując otwarcie uznanie byłego ZSRR za rosyjską strefę wpływów to zapewne ich zdaniem musiała mieć na celu odbudowanie tam własnej, historycznej, analogicznej strefy, analogicznymi metodami. Obecnie takiemu myśleniu o Polsce w Moskwie może sprzyjać również otwarte kontestowanie przez Warszawę dotychczasowej proeuropejskiej i prozachodniej orientacji lat 1990-2015 i widoczne resentymenty historyczne, kult polityki zagranicznej II RP i faktyczny rewizjonizm ukryty pod tzw. polityką historyczną, antyukraińska wymowa słynnej nowelizacji ustawy o IPN czy zapowiedź ideologicznej a nie ekonomicznie uzasadnionej całkowitej rezygnacji z dostaw rosyjskiego gazu. Do tego dochodzi odchodzenie od opartej na pokojowych zasadach integracji europejskiej na rzecz dwustronnego sojuszu wojskowego z USA połączonego z dążeniem do stałej obecności znaczących sił amerykańskich w Polsce i dużymi zakupami sprzętu wojskowego odbierane w Rosji według tamtejszej logiki i kryteriów.

Z drugiej strony obecne relacje polsko-rosyjskie sprowadzają się do absurdalnego i bez praktycznego znaczenia politycznego wzajemnego przekomarzania się kto kogo kiedyś najechał, ilu zabił bezbronnych jeńców i nawet kto był lepszym sojusznikiem Hitlera. W sumie jest to wygodniejsze dla Rosji, która polską polityką historyczną niespecjalnie się przejmuje a za to robi swoje na Wschodzie, jak choćby obecnie w Białorusi.

Z kolei na ciśniętej przez Rosję Ukrainie chyba już trudno wierzyć w polskiego sojusznika, który swą główną aktywność wykazuje w walce z dawno nieżyjącym Stepanem Banderą i nieistniejącą UPA, oddając pole innym państwo, na które przeorientował się Kijów. Warto zresztą zwrócić uwagę, że ambasador Ukrainy w Polsce podpisał również słynny list 43 ambasadorów w obronie praw osób LGBT w Polsce. Nota bene Polska chyba wpisała do rejestru osób niepożądanych w strefie Schengen więcej ukraińskich urzędników wyższego szczebla niż białoruskich czy rosyjskich.

Białorusini mogą liczyć oczywiście na moralne wsparcie i azyl w Polsce ale dość groteskowe zaproszenie do ulokowania w Warszawie nieistniejącego białoruskiego rządu emigracyjnego nie zastąpi braku realnych możliwości polskiego rządu i prezydenta wpłynięcia bądź bezpośrednio na Łukaszenkę bądź pośrednio na rozwój wydarzeń poprzez wspólne działania europejskie nie mówiąc już o jakimś dialogu w tej kwestii z Kremlem (który zresztą świetnie sobie radzi bez niego).

W sumie polska polityka wschodnia o ile jeszcze istnieje zmierza co najmniej do wymuszonego resetu, który powinien być okazją do jej nowego zdefiniowania w oparciu o następujące kwestie:

Jakie są realne a nie wyobrażone interesy polskie na Wschodzie, szczególnie wobec Rosji i Ukrainy?

Jakie są możliwości ich realizacji i szanse powodzenia oraz skala ryzyka?

Warto w tym miejscu wnieść jeszcze jedno zastrzeżenie. Ostatnie pięć lat to faktyczny brak polityki wschodniej w poprzednim wydaniu i rozumieniu. Jednak ten brak nie spowodował jakichś gwałtownych strat w pozycji Polski i zagrożenia jej bezpieczeństwa. Być może zatem Polska może obyć się bez polityki wschodniej a być może musi bo i tak nie ma realnych sił i możliwości jej skutecznego prowadzenia w obecnym kształcie terytorialnym i narodowościowym? Taką tezę można wysunąć z diagnozy polskiej polityki jaką postawił ostatnio w tekście na temat przyczyn i skutków  Września’39 prawicowy publicysta Bartłomiej Radziejewski. Jego zdaniem pojałtańska, jednoetniczna, osłabiona tym samym Polska przesunięta na Zachód utraciła możliwość bycia liderem Europy Środkowo-Wschodniej. (Trwający setki lat rozwój Polski na wschód – cofnięty do granic z czasów piastowskich, kosztem blisko połowy przedwojennego terytorium. I strukturalnie zablokowany całą konstrukcją Polski jałtańskiej: przesuniętej na chroniące imperium sowieckie naturalne granice na zachodzie, z przerzuceniem tam jak worka kartofli Polaków ze wschodu, z perwersyjnie realizującą endeckie postulaty jednoetnicznością, ze skalą – i potęgującym jej efekt nowym układem geopolitycznym – państwa średniego, pozbawionego możliwości konkurowania o bycie liderem Europy Środkowo-Wschodniej. – https://nowakonfederacja.pl/dlugi-wrzesien-39-polska-ofiara-krwi-jako-katastrofa-wyobrazni/).

Idąc dalej tym tropem warto postawić pytanie czy uważane dotąd za kluczowe tzw polskie interesy na Wschodzie, które motywowały polską politykę wschodnią, zwłaszcza w stosunku do Rosji i Ukrainy nie są już tylko pustym miazmatem lub zbiorem frazesów odziedziczonych po innej, historycznej Rzeczpospolitej – Pierwszej i Drugiej? Może „piastowska” Polska pojałtańska, zintegrowana po 1990 z Zachodem Europy w ramach UE,  nie może mieć interesów i prowadzić polityki „jagiellońskiej”, tym bardziej w jej zdegenerowanej, piłsudczykowskiej mutacji. Być może rzeczywiście musimy wybrać czy chcemy być najbardziej na Wschód wysuniętą częścią Zachodu (z pełną akceptacją jego liberalnych w tej chwili zasad) czyli zachodnią demokracją czy  też najbardziej na Zachód wysuniętą ale jednak nadal wschodnią  nieliberalną autokracją (do czego nam najwyraźniej psychologicznie jest bliżej).

W każdym razie w ciągu ostatnich pięciu lat rządów tzw. Zjednoczonej Prawicy Polska na pewno utraciła moralny ale i praktyczny tytuł i możliwości do promowania zasad zachodniej liberalnej demokracji na Wschodzie jak to było przez poprzednie ćwierćwiecze. Utraciła również ważne narzędzia jakim była aktywność na forum unijnym – chociażby zorganizowane wspólnie przez Polskę i Szwecję za rządów PO-PSL Partnerstwo Wschodnie.

Zamiast tego powrócono to zasad interesu narodowego w znaczeniu sprzed wieku, nadal jednak aktualnego na Wschodzie. Warto w tym miejscu przypomnieć starą tezę, że Rosja obecna jest „odmrożonym” państwem XIX wiecznym przeniesionym w XXI wiek, państwem rozumiejącym politykę i ją realizującym w taki właśnie przestarzały i przez to niezrozumiany dla obecnych elit zachodnich sposób. Czy to nie jest również aby przypadek obecnych elit rządzących Polską?

W tej jednak „klasycznej” rywalizacji mocarstwowej Polska nie ma szans nie tylko z Rosją ale być może także nawet z Ukrainą. Nota bene polskim komentatorom białoruskiego kryzysu zupełnie umyka w nim znaczenie i rola Ukrainy, która na pewno jest tutaj drugim po Rosji a na pewno przez Polską i UE istotnym graczem. Ukraińskie elity rozumieją bowiem doskonale, że bez niepodległej Białorusi nie ma (przynajmniej zbyt długo) niepodległej Ukrainy.

I taką właśnie chyba lekcję, swoisty zimny prysznic polskiego znaczenia „soute”, bez silnego oparcia w UE, zwłaszcza Francji i Niemczech, na Wschodzie polskie władze doświadczają obecnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.