Żołnierze źle czują się w koszarach, gdy cierpią ich rodacy

Żołnierze źle czują się w koszarach, gdy cierpią ich rodacy

Siły Zbrojne mają w swoich zadaniach m.in. wspieranie społeczeństwa w sytuacjach kryzysowych, utrzymywanie zdolności na wypadek katastrofalnych w skutkach zdarzeń pogodowych. Wojsko ma gotowe plany, które przewidują odpowiednie postępowanie, wykorzystywanie sił i środków, stawianie w gotowość do działania poszczególnych jednostek wojskowych, zaopatrzenia, wsparcia, współdziałania. Odpowiednie procedury opisują w szczegółach co dowódca powinien zrobić, jaki jest sposób dowodzenia, system współpracy itp. Plany te są na bieżąco korygowane i uaktualniane. Za całość odpowiada Dowódca Operacyjny RSZ, które ma własne narzędzia w postaci komórek analitycznych i systemu dowodzenia, całodobowej służby odpowiedzialnej za monitorowanie tzw. środowiska bezpieczeństwa Polski.

https://pixabay.com

Oczywiście głównym inicjatorem wezwania wojska na pomoc jest administracja rządowa. To wojewoda powinien formalnie wystąpić z wnioskiem o wsparcie swoich struktur żołnierzami i wojskowym sprzętem. Tyle prawo, ustawy i paragrafy.

Jak się okazało – wojewoda pomorski miał „przedłużony weekend” i wystąpił o wsparcie dopiero po trzech dobach. Ale to nie oznacza, że armia nie mogła zrobić więcej w tej sprawie. Inicjatywa może leżeć też po stronie wojska. Żołnierze mogli przypomnieć o swoim istnieniu i zdolnościach. W wypadku zniszczeń wywołanych przez nawałnicę, która nawiedziła okolice Rytla na Pomorzu, powinien to być Wojewódzki Sztab Wojskowy w Gdańsku lub dowódcy jednostek stacjonujących w rejonie kataklizmu. Powinni poinformować władze, że mogą skierować środki, ludzi, materiały do pomocy. Wojskowi mogli nawet pomóc w sporządzeniu formalnego wniosku wojewodzie, który się pogubił. Dowódca Operacyjny RSZ może sam wykonać taki telefon do wojewody lub nawet do kogoś w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych lub Rządowym Centrum Bezpieczeństwa. Wystarczy zaledwie odrobina empatii, choćby po to, by ludzie nie pomyśleli, że żołnierze zamiast pomagać w trudnych sytuacjach obywatelom, polerują buty przed zbliżającym się świętem Wojska Polskiego. Dramatyczny głos sołtysa Rytla powtarzany w mediach, który prosił o taką pomoc to krzyk skierowany do wojska, który nie pozwala uznać, że w tej sprawie wszystko jest w porządku, także po wojskowej stronie.

Zaś zupełnie jest dla mnie niezrozumiałe, dlaczego Siły Zbrojne nie ruszyły do pomocy w ratowaniu życia i zdrowia harcerzy z obozu w Suszku. Ratowanie życia ludzkiego, szczególnie dla służb powołanych do zapewnienia bezpieczeństwa, jest zawsze priorytetem. Tym razem to okoliczni mieszkańcy nie zawiedli ruszając od razu do harcerzy. Pomoc dotarła tam dopiero po kilku godzinach. Niespełna 100 km w linii prostej od tego fatalnego lasu stacjonują śmigłowce ratownicze Marynarki Wojennej. Załogi Brygady Lotnictwa MW są szkolone do niesienia pomocy w najcięższych warunkach. Każdy odpowiedzialny dowódca na odpowiednio wysokim szczeblu powinien sam sobie rzec: „Tam giną dzieci, potrzebują pomocy! Procedury szanuję, ale to racja wyższa”. Gdy już ustały huraganowe porywy śmigłowce mogły być w powietrzu, a kwalifikowani ratownicy medyczni oceniliby sytuację i oszacowali potrzeby oraz udzielili wstępnej pomocy.

W czasie ostatniej dużej powodzi z 2010 roku minister obrony nie czekał na pisemne wnioski, gdy ludzie znaleźli się w potrzebie. Pomoc wojska była natychmiastowa, realizowana na telefon. Szef resortu obrony sam utrzymywał bezpośredni kontakt z wojewodami, którzy potrzebowali pomocy i wojsko reagowało natychmiast, gdy pojawiała się nowa potrzeba. Szefowie Wojewódzkich Sztabów Wojskowych w zagrożonych rejonach Polski przez cały czas pełnili rolę prawej ręki wojewodów nie odstępując ich na krok. Najlepszym przykładem takiego tandemu był ówczesny wojewoda mazowiecki i szef WSzW w Warszawie. Wojsko zaś kierowało tyle sprzętu i żołnierzy, ilu było potrzeba wg kierujących bezpośrednio akcją, a nie symboliczne ilości, i to jeszcze z opóźnieniem. Doświadczeni oficerowie Sił Zbrojnych i Państwowej Straży Pożarnej w czasie powodzi z 2010 roku doradzali często niedoświadczonym władzom cywilnym jakich sił należy użyć i w jakich ilościach, by zapewnić całodobową akcję. Wojsko przekazało też tony żywności, duże ilości koców, butów, kuchnie polowe, leki.

Nie rozumiem obecnego braku działania wojska. Jestem jednak przekonany, ze niektórzy dowódcy byli gotowi i mogli działać. Stawiam jednak pytanie: dlaczego tak się nie stało? Czy nie zgłosili takiej możliwości? A jeżeli zgłosili, dlaczego o tym nie poinformowali opinii publicznej? Ludzie mają wojsku dziś za złe ten brak aktywności i inicjatywy. Z jednej strony były parady, święta, szumne deklaracje, z drugiej zupełna bierność w obliczu katastrofy.

Warto dziś przypomnieć także rok 2002. Niemiecki land Saksonia nawiedziła wtedy gigantyczna powódź. Dowódca polskiej Marynarki Wojennej zgłosił gotowość do wsparcia akcji pomocowej i wysłania na ogarnięte klęską żywiołową tereny ratowników. Oczywiście władze Saksonii wystąpiły oficjalnie o skierowanie zespołu z MW, ale ten fakt był poprzedzony całą gamą działań z polskiej inicjatywy. Niemiecki attaché morski dostał informacje na temat polskich doświadczeń z prowadzenia podobnych akcji z udziałem polskich marynarzy w Polsce. Uprzedzono również polskie władze cywilne i wojskowe, w tym prezydenta RP i ministra obrony, że taka prośba o wsparcie wpłynie. Wykonano też tytaniczną pracę przekonania decydentów, by prośby nie odrzucali, gdyż MW była gotowa wypełnić swoje zadanie i pomóc poszkodowanym w niemieckim landzie.

17 sierpnia 2002 roku wpłynęła do polskiego rządu oficjalna prośba ministra spraw wewnętrznych Saksonii, a już po dwóch dobach, 19 sierpnia o świcie, zespół ratowniczy Marynarki Wojennej wyruszył w drogę. Wszystko było zawczasu przygotowywane. Do Niemiec ruszyło 13 marynarzy. Zabrali ze sobą wielkie agregaty prądotwórcze, które przez miesiąc zasilały oczyszczalnię ścieków w Miśni pod Dreznem.

Osobiście dwukrotnie byłem w Saksonii i obserwowałem tam polskich żołnierzy. Dziś, konfrontując to co działo się w Saksonii z tym, co dzieje się na dotkniętym skutkami klęski żywiołowej Pomorzu, nasuwają mi się dwie refleksje. Marynarzom, którzy pojechali do Saksonii tamta operacja pozwoliła zbudować system osobistych wartości oparty na ludzkiej solidarności, pomaganiu potrzebującym. Pracowali tam po kilkanaście godzin na dobę. Nie skarżyli się jednak na trudne warunki czy ciężkie zadania. Działanie i jego widoczne efekty dodawał im siły i budowało charaktery. Mieszkańcy Saksonii okazywali wręcz krępującą marynarzy wdzięczność. Nie mam tu na myśli administracji, która zresztą musiała w pierwszej kolejności zająć się organizowaniem pomocy dla ponad miliona ludzi, którzy ucierpieli wskutek powodzi. Wdzięczność polskim żołnierzom okazywali mieszkańcy kilkudziesięciu domów, które leżały w okolicy oczyszczalni. Marynarze po swoich kilkunastogodzinnych wachtach przy agregatach, a pracowali w dyżurach całą dobę, mieli jeszcze siłę by pomagać okolicznym mieszkańcom, którzy w powodzi stracili wszystko. Polscy marynarze oddawali mi zresztą też część własnego wyposażenia i środki czystości.

Dodatkowo z Gdyni wystartował śmigłowiec, który zawiózł 4 tony artykułów pierwszej potrzeby m.in; odżywek dla dzieci, koców, ubrań, środków czystości, czy ręczników. Część z tych rzeczy pochodziła ze zbiórek w jednostkach MW, inne z wojskowych magazynów logistycznych, a jeszcze inne z Polskiego Czerwonego Krzyża.

Na podstawie choćby tych wojskowych doświadczeń, chcę zaapelować do polityków: Pozwólcie żołnierzom spełniać ich misję i realizować ustawowe zadania, nie zrywajcie więzi wojska ze społeczeństwem. Armia nie może zamykać się w koszarach, gdy obok umierają i cierpią ich rodacy. A poza tym w relacjach pomiędzy wojskiem a cywilnym społeczeństwem ważna jest empatia. A ją buduje się właśnie w takich sytuacjach a nie na poligonach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.